Łyse główki, niewinne twarzyczki chorych na raka dzieci, ten widok słusznie kojarzy się z cierpieniem, bólem, strachem. Na szczęście są ludzie dzięki którym na buźkach tych dzieciaków pojawia się uśmiech. Dokonując wspaniałych czynów sprawiają że choroba staje się łatwiejsza do udźwignięcia dla małych pacjentów oddziału onkologicznego i ich rodzin.
Taka mała dziewczynka kiedy się dowiedziała że ma białaczkę. Pierwsze jej pytanie brzmiało czy pójdzie do nieba, rodzice nie chcieli dopuścić do tego żeby ich córeczka umarła, ale ona już to wiedziała.
Z każdym dniem po chemii jej organizm był coraz słabszy ale do samego końca Na jej twarzy był uśmiech...
Dzieci które zmarły na białaczkę
Pawełek był pierwszym dzieckiem pani Bożeny i bardzo długo na niego czekała. Długo nie mogła zajść w ciążę. Kiedy już urodził się Pawełek (był wcześniakiem) cała rodzina obchodziła się z nim ostrożnie. Od samego początku był bardzo chorowity i i przynajmniej raz w tygodniu był u lekarza, cały czas był na lekach.
Był oczkiem w głowie rodziny, każdy chciał wynagrodzić mu to że tak często bywa u lekarza i że cały czas bierze leki. Rodzina świętowała wszystkie jego postępy pierwszy ząb, pierwszy krok, pierwsze wypowiedziane słowo "mama" i "tata" . Przez dwa lata Pawełek pozbawiała rodzinę wszystkich smutków ponieważ chorował cały czas. Wystarczyło że ktoś tylko kichnął a już można było jechać do lekarza. Nawet pediatra uspokajał rodzinę że Mały ma słabszą odporność ponieważ urodził się troszkę wcześniej.
Gdyby rodzina się czegoś domyślała...może gdyby zmienili lekarza?
CHOROBA: zaatakowała Pawełka znienacka Wymioty, odwodnienie, szpital, badania i DIAGNOZA:BIAŁACZKA.
Dla rodziny to był cios. To gorzej jak by w tej sekundzie ktoś wyrwał nam serce, zabrał dech opowiada pani Bożena. Rodzicie w szpitalu spali na podłodze przy łóżku swojego synka. Chociaż byli przerażeni starali się zachować pogodną twarz. Siebie nawzajem też czarowaliśmy słowami - zaklęciami: że wszystko będzie dobrze, że damy radę, że święta spędzimy już razem. Na ziemię sprowadzili nas lekarze, deklamując suche fakty: brak dawcy, słaby stan dziecka, w związku z tym marne szanse na przeszczep. Opowiada Mama Pawełka.
Pawełek znikał w białej szpitalnej pościeli w mgnieniu oka. Codziennie był bladszy i było go jakby mniej. Pawełek odszedł o wschodzie słońca, ponad rok temu, a ja wciąż mam w uszach jego ostatnie słowa, kiedy prosił mnie, żebym przyniosła mu następnego dnia jedną z jego zabawek. Kiedy przyszłam z tym nieszczęsnym samochodzikiem w garści, jego już nie było. Śpij dobrze Aniołeczku [*]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz